Feeds:
Posts
Comments

Dwie mamy z dziećmi na plaży. Dzieci pełne energi, mamy trochę jaky mniej.
– Słuchajcie, oto zasady – jedna z matek informauje poważnym tonem, wylegując się na kocu z zamkniętymi oczami – żadnego wchodzenia do wody i macie się nie oddalać, tak żebyśmy was widziały… – po lekkiej pauzie, dodając – …oczyma naszej wyobraźni.

To był dobry dzień na opalanie.

– Nie mam grzebienia, więc będziesz dziś miała na głowie “artystyczny nieład”
Dziecko patrzy z przerażeniem w lustro na swoje niechlujnie związane włosy
– Ale mamo, to nie wygląda na artystyczny nieład, tylko na artystyczną… artystyczną…
– katastrofę? – podowiada matka
– …nie…
– apokalipsę?
– nie… – dziewczynka dostaje olśnienia, ale w wersji zrezygnowanej – na artystyczną przesadę…

Fryzura została opatentowana.

doDziś wpis trochę osobisty, ale okoliczności tego wymagają.

Kiedy byłam małą dziewczynką, chciałam zostać pisarką.

Kiedy byłam większą dziewczynką, chciałam zostać dziennikarką.

Nie udało się. Na twórczość literacką nie mam czasu, ani też wystraczającej ilości zacięcia, natchnienia i talentu. A co do dziennikarstwa, pozbyłam się wielu złudzeń, dochodząc do wniosku, że jego profesjonalna strona, niekoniecznie jest tym, czym mi się jawiła, gdy byłam nastolatką.

Teraz jestem starą dziewczynką, a moja praca polega na walkach i kompromisach z Panem Excel. Mimo to, a może raczej na przekór temu, pasja pisania ciągle jest we mnie. Trafiłam w kilka miejsc, dumnie nazywanych „świątyniami” dziennikarstwa obywatelskiego w Polsce, nie zagrzałam tam jednak zbyt długo miejsca. Mimo to, nie żałuje bo poznałam świetnych ludzi, zbzikowanych na punkcie pisania i pragnących przeciwstawić się tradycyjnemu modelowi mediów.

I wtedy narodził się pomysł. Dzięki determinacji paru osób, udało się po miesiącach przygotowywań postawić na nogi, całkowicie niezależny od jakichkolwiek korporacji, portal Dziennikarstwa Obywatelskiego. O tym co, jak i dlaczego, możecie przeczytać w artykule Asena, który świetnie oddaje w swoim tekście ideę, zamysł i powody naszej działalności.

Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Was do lektury. A wszystkich tych, którzy lubią także spełniać się literacko – do współpracy i publikowania tekstów na do.orp.pl

Od zawsze zastanawiałam się, w jaki sposób długodystansowi kierowcy urozmaicają sobie dalekie trasy. Oczywiście miałam parę pomysłów – zaczerpniętych z doświadczeń własnych (trąbienie na każdą niewiastę w promieniu 500 metrów, trąbienie na wszystkich znajdujących się na tej samej drodze kierowców, połączone często z niewybrednymi gestami, nieartykułowanymi dźwiękami i dziwaczną gimnastyką warg i języka oraz ogólnie trąbienie) i pop kultury (mordercze zapędy w akompaniamencie świstu siekiery tudzież noża oraz przypadkowe stosunki, często międzynarodowe).

Zdaję sobie sprawę, że wiele z tych przeświadczeń może być krzywdzących i nieprawdziwych, dlatego z wielką ciekawością obejrzałam sobie poniższego rumuńskiego kierowcę, w celach poniekąd edukacyjnych.

Ciekawość została zaspokojona, a kłam stereotypom zadany z impetem. Okazuje się, że kierowca może być nie tylko wesoły, ale i muzykalny oraz gotowy rzucić się w wir dziwacznych tańców, nie tracąc przy tym nic ze swojego uroku.

A tak na serio: Ten film wywołał tak wielkie poruszenie w Rumunii, że nawet został wyemitowany w “wiadomościach” telewizji publicznej. Gdy dziennikarze skontaktowali się w końcu z bohaterem obrazu i zapytali o okoliczności powstania filmu, ten podsumował wszystko zdaniem: “Byłem na autopilocie”.

I dzięki Bogu!

Sen Drugi:

Nie potrafię do końca określić czasoprzestrzeni.

Jestem w gabinecie. Siedzę za biurkiem, które wyglądem przypomina antyczny sekretarzyk w kolorze orzecha włoskiego. W pokoju dominują brązy i kolory miodu, jest dużo drewna. Po swojej lewej stronie widzę pięknie rzeźbioną gablotę z milionem książek, po prawej – gigantyczny globus w beżowej tonacji, z maleńkimi, palącymi się gdzie niegdzie diodami. Złudzenie sprawia, że ta kopia Ziemi zdaje się tętnić swoim własnym życiem.

Tak mniej więcej wygląda gabinet, który zawsze chciałam mieć. W przyszłości.

Po prawej, mam także duże okno, przez które do pokoju wpadają ciepłe promienie słońca. Tak właśnie zawsze wyobrażałam sobie słońce w Toskanii. Na parapecie stoi mnóstwo kwiatów, w tym malutki krzew pomidorów w brązowym kolorze. „Dziwny kolor jak na pomidory” – przechodzi mi przez myśl – „może nie podlałam?”

I wtedy widzę swoje odbicie.

Gdzieś między główkami brązowych pomidorów zamontowane zostało małe lusterko. Przyglądam się w nim i z przerażeniem spostrzegam, że jestem właścicielką trwałej ondulacji, tak typowej dla szalonych lat osiemdzisiątych. Właśnie coś takiego, miała na głowie moja matka, gdy sięgałam pamięcią do moich najwcześniejszych wspomnień. Z tą różnicą, że ona nosiła je krótko, a ja mam lwią grzywę i długie kudły wijące się na plecach. Wyglądam trochę jak Richard Marx, za czasów swojej świetności.

Mrużę oczy, by dostrzec resztę szczegółów. Na powiekach mam odblaskowe, niebieskie cienie, a w uszach duże, plastikowe koła. Lata ’80 w całej okazałości. „Czyżbym cofnęła się w czasie?” – przechodzi mi przez myśl, ale równocześnie zauważam, że rysy mojej twarzy pozostały bez zmian. Opadam lekko na krzesło i rozglądam się w poszukiwaniu nowych wskazówek. Na biurku znajdują się różne papiery i książki, nadpita czarna kawa, wieczne pióro, laptop… czuję tu swój własny zamysł. Tak, to na pewno moje miejsce pracy. W prawym rogu stoi zdjęcie w ramce, jakiś starszy facet i młoda dziewczyna. Wyciągam rękę po fotografię i zauważam, że mam na palcach, długie rażąco – różowe paznokcie. Mimowolnie wybucham śmiechem.

I wtedy drzwi gabinetu otwierają się. Do pokoju wchodzi młoda dziewczyna. Jej ruchy są pewne i swobodne, tak jakby wchodziła tu już setki razy. Z niejakim wstydem chowam swoje różowe paznokcie pod biurko i w ostatniej chwili zauważam, że moje ręce są stare.

– Cześć mamo – odzywa się nieznajoma.

Dla pewności rozglądam się po pomieszczeniu i nie widząc w nim nikogo innego, odpowiadam niepewnie:

– Cześć

Hmm.. więc jednak przyszłość.

Dziewczyna trzyma w rękach książkę. Zauważam, że jest to rumuńskie wydanie „Krzyżaków” Sienkiewicza, dokładnie takie, jakie widziałam w mieszkaniu moich tesciów, gdy po raz pierwszy odwiedziłam ich w Transylwanii.

– Zastanawiam się, czy jest sens czytać to powtórnie.

– Powtórnie? – powtarzam bezmyślnie, nie mając na razie pomysłu na to, co się wokół mnie dzieje.

Dziewczyna patrzy na mnie pytająco.

– Przecież już czytałam „Krzyżaków”. Po polsku.

– I teraz chcesz przeczytać po rumuńsku? – zapytałam niepewnie.

– Ojciec toczy o to boje od tygodnia – odpowiada córka, patrząc na mnie podejrzliwie – mamo, dobrze się czujesz?

Czy dobrze sie czuję? Hmm.. to raczej pytanie dla psychanalityka.

– Tak, tak… Jestem tylko trochę rozkojarzona – mówię, patrząc w kierunku lusterka na oknie i upewniając się, czy ja to jeszcze ja.

– Myślisz o tych pomidorach? – dziewczyna podłapuje fałszywy trop – Dziwne, nie?

– Dziwne – przytakuję. Nareszcie mówię coś, czego jestem pewna.

Chwila ciszy. Przyglądam się córce. Wygląda zupełnie inaczej, niż  ją sobie wyobrażałam.

– W sumie, to wszystko sprowadza się do jednego – przerywa ciszę ona – po co mi ta cała, ciągnaca się latami nauka języków?

Boże, to teraz będę musiała jej odpowiadać na pytania.

– No więc… języki sa bardzo potrzebne, gdyż… – chwila olśnienia – Musisz wiedzieć, jak się porozumieć z rodziną.

– Umiem poprosić dziadka po rumuńsku, by dał mi szklankę soku. Umiem zapytać babcię po polsku, czy nasmaży mi naleśników z białym serem. Umiem obojgu podziękować. Potrafię nawet rozmawiać z nimi o polityce, czy nawet sztuce… Więc?

Przypomniały mi się nagle naleśniki mojej własnej babci.

Spojrzałam na córkę uważnie i nagle zdałam sobie sprawę, że znam odpowiedź:

– Widzisz Izabelo. Na świecie jest mnóstwo języków. Te języki, sposoby wyrażania świata, dzielą ludzi na grupy. A co gorsza, oddalaja ludzi od Prawdy. Dlatego, im więcej języków opanujesz, tym łatwiej będzie ci zrozumieć właściwy sens.

– Sens?

– Tak, sens. Wszystko, co wydarzyło sie kiedyś, a nawet wczoraj, trwa dalej, tylko dzięki słowu. To słowo, dźwiga na swoich barkach historię i naukę. Im więcej słów poznasz, tym łatwiej przyjdzie ci zrozumienie świata.

– Ale dlaczego mam czytać dwa razy tą sama książkę?

– Bo to ci pomoże odkryć jej właściwy sens. Jej Prawdę.

– Czyli prawda, to częśc wspólna pomiędzy dwoma wersjami?

– Nie kochanie – odpowiedziałam łagodnie – Prawda, to te niezauważalne na pierwszy rzut oka detale, małe niezgodności, nieścisłości pomiędzy dwoma tłumaczeniami tego samego dzieła.

– Dlaczego?

– Bo są prywatnym odstępstwem interpretatora od narzuconej mu z góry linii tłumaczenia. W tych małych, na pozór nieistotnych szczegółach, ukrywana jest swoista mądrość. Zwinnie przemycana, jest dostępna tylko dla tych, którzy znają więcej niż jeden język.

Nagle dotarło do mnie, że moja córka nie nazywa się Izabela.

Jeden z brązowych pomidorów spadł lekko na ziemię.

—————————————————————————————–

Interpretacja:

1. Diabeł tkwi w szczegółach

2. Teraźniejszość to miejsce gdzie spotyka się przyszłość i przeszłość

3. Muszę sprawdzić, co dzieje się teraz z Richard’em Marx’em.

Sen pierwszy:

Siedzę w biurze promotora mojej pracy magisterskiej.

To nasze kolejne spotkanie z serii “ja udaję, że coś napisałam, a on udaje że w to wierzy”. Tym razem jednak, atmosfera jest inna. Mój serdeczny i zazwyczaj uśmiechnięty Promotor, od samego początku spotkania patrzy na mnie podejrzliwe i z pewnego rodzaju pogardą w oczach. Zaczyna zadawać krótkie i bardzo konkretne pytania, na które nie znam odpowiedzi. Żeby stworzyć pozory jakiegokolwiek profesjonalizmu, wyjmuję teczkę pełną kartek na których robiłam notatki i z przerażeniem spostrzegam, że wszystkie są puste. Próbuje zakryć białe strony przed wścibskim okiem Pana P, ale czuję, że on wie. Wie, że nic na nich nie ma, wie, że znowu nic nie napisałam, wie, że tak naprawdę moja praca magisterska nie istnieje.

Czuję jak stróżka potu spływa mi pomiędzy łopatkami. Chciałabym się podrapać, ale irracjonalny strach paraliżuje mi jakąkolwiek możliwość ruchu. Ściskam kartki w spoconych dłoniach i zaczynam coś dukać o teoriach, które już wałkowałam na naszych wcześniejszych spotkaniach.

– Ale o tym już mówiłaś. Kilka razy. Co masz nowego? – pyta zniecierpliwiony.

Rozglądam się rozpaczliwym wzrokiem po ścianach, szukając inspiracji w obrazach i plakatach, kiedy zauważam, że nad głową mojego Promotora pojawił się nowy rysunek. Postać, wyglądem przypominająca eksperyment Frankensteina, odziana w czerwony frak i wysokie kowbojskie buty, trzyma wycelowaną prosto w widza broń i uśmiecha się obrzydliwie. Nad głową potwora widnieje napis: “Pogromca pseudo magistrów”, a obok głowy, widnieje chmurka z hasłem “Science, suckers!”.

– Podoba ci się mój nowy plakat? – P zagaduje po chwili, patrząc na mnie dziwnym wzrokiem.

Dokładnie w tym samym momencie, zauważam, że zamiast tradycyjnych adidasów, ma na nogach kowbojki z plakatu.

– Hmm… tak, bardzo ciekawy… – odpowiadam ostrożnie.

Coś się kroi.

– Sam go wykonałem. To moja odpowiedź na ten cały ten magisterski bezsens. Na ten kompletnie niedorzeczny burdel na kółkach… wy… – syknął – wy…

– My…? – pytam bezradnie

– Ty. Taki typowy przykład. Po co Tobie ten tytuł magistra? No po co…?

– Hmm… gdyż…

– Daruj sobie – przerwał mi ostro i zaczął wystukiwać jakąś szaloną polkę obcasem – Jesteście zakałą całego świata akademickiego. Zajmujecie tylko czas i marnujecie nasze nerwy. Co wy wiecie o nauce? No co? Daruj sobie! – powtórzył ostro, widząc, że próbuję otworzyć usta – Odpowiem ci, moja droga panienko. Nic! Marnujecie pięć, sześć lat po to by zdobyć PAPIER. Ze niby jesteście tacy wykształceni, mądrzy i wspaniali. A jaką wiedze tak naprawdę stąd wynosicie? Co tak naprawdę wiecie?

– Ale przeciez, nie każdy jest taki…- wyszepnęłam ochryple. Gardło mialam suche jak wiór.

– Co, myślisz, że jestes inna? Ja też tak myślałem – stwierdził jakby ze smutkiem – No ale pomyliłem się. Zamiast męczyć się nad pracą, mogłabyś iść rowy kopać. Albo sprzedawać swoje ciało na ulicy. Przynajmniej ktos miałby z tego jakiś profit – zaśmiał się lubieżnie – Jesteś tylko pacynką, takim małym pajacem… który i tak do końca życia będzie siedział w jakims lichym biurze i stukał cyferki na klawiaturze. Zrób nam wszutskim przysługę i daruj już sobie to nędzne “magister show”.

Siedziałam jak wmurowana. Byłam jednoczesnie przestraszona i wściekła na P, który z minuty na minutę zaczynał coraz bardziej przypominać stwora z plakatu. Dopiero teraz zauważyłam, że zawsze miał uczesanie podobne do Lurcha, kamerdynera z rodziny Addamsów.

– Ale ja chcę napisać tą pracę. Naprawdę. Po prostu brakuje mi trochę czasu i gdybym…

– Wiesz co jest najlepsze w takich spotkaniach? – przerwał mój wywód i otworzył szufladę biurka

Boże, znam skądś to pytanie. Czy to nie jest z jakiegoś filmu?

– To – ciągnął, wyjmując z szuflady coś połyskującego – że nie trzeba ich kontynuować

“Christopher Walken!” – zadźwięczało mi w głowie

Przed nosem miałam wylot lufy największej giwery, jaką widziałam w życiu.

BUM!

Na ustach poczułam smak Krwawej Mary.

————————————————————————————————————————

Interpretacja:

1. Mój Promotor przypomina wyglądem Christophera Walkena

2. Zdecydowanie za dużo jest na tym świecie magistrów

3. Muszę się w końcu do cholery zabrać za swoja pracę magisterską

Tylko boję się teraz umówic z promotorem…

To zaproszenie jest dla wszystkich tych, którzy lubią czytać książki.
Recenzje czysto subiektywne to mój drugi blog, na którym będę prezentować… no własnie, recenzje czysto subiektywne :) .
Zaczynam więc od Wahadła Foucaulta autorstwa Umberto Eco. Recenzować takie dzieło to wyzwanie, no ale jak to się kiedyś mówiło – “Do odważnych świat należy”!

Zapraszam!

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

%d bloggers like this: