Kanały:
Wpisy
Komentarze

doDziś wpis trochę osobisty, ale okoliczności tego wymagają.

Kiedy byłam małą dziewczynką, chciałam zostać pisarką.

Kiedy byłam większą dziewczynką, chciałam zostać dziennikarką.

Nie udało się. Na twórczość literacką nie mam czasu, ani też wystraczającej ilości zacięcia, natchnienia i talentu. A co do dziennikarstwa, pozbyłam się wielu złudzeń, dochodząc do wniosku, że jego profesjonalna strona, niekoniecznie jest tym, czym mi się jawiła, gdy byłam nastolatką.

Teraz jestem starą dziewczynką, a moja praca polega na walkach i kompromisach z Panem Excel. Mimo to, a może raczej na przekór temu, pasja pisania ciągle jest we mnie. Trafiłam w kilka miejsc, dumnie nazywanych „świątyniami” dziennikarstwa obywatelskiego w Polsce, nie zagrzałam tam jednak zbyt długo miejsca. Mimo to, nie żałuje bo poznałam świetnych ludzi, zbzikowanych na punkcie pisania i pragnących przeciwstawić się tradycyjnemu modelowi mediów.

I wtedy narodził się pomysł. Dzięki determinacji paru osób, udało się po miesiącach przygotowywań postawić na nogi, całkowicie niezależny od jakichkolwiek korporacji, portal Dziennikarstwa Obywatelskiego. O tym co, jak i dlaczego, możecie przeczytać w artykule Asena, który świetnie oddaje w swoim tekście ideę, zamysł i powody naszej działalności.

Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Was do lektury. A wszystkich tych, którzy lubią także spełniać się literacko – do współpracy i publikowania tekstów na do.orp.pl

Od zawsze zastanawiałam się, w jaki sposób długodystansowi kierowcy urozmaicają sobie dalekie trasy. Oczywiście miałam parę pomysłów – zaczerpniętych z doświadczeń własnych (trąbienie na każdą niewiastę w promieniu 500 metrów, trąbienie na wszystkich znajdujących się na tej samej drodze kierowców, połączone często z niewybrednymi gestami, nieartykułowanymi dźwiękami i dziwaczną gimnastyką warg i języka oraz ogólnie trąbienie) i pop kultury (mordercze zapędy w akompaniamencie świstu siekiery tudzież noża oraz przypadkowe stosunki, często międzynarodowe).

Zdaję sobie sprawę, że wiele z tych przeświadczeń może być krzywdzących i nieprawdziwych, dlatego z wielką ciekawością obejrzałam sobie poniższego rumuńskiego kierowcę, w celach poniekąd edukacyjnych.

Ciekawość została zaspokojona, a kłam stereotypom zadany z impetem. Okazuje się, że kierowca może być nie tylko wesoły, ale i muzykalny oraz gotowy rzucić się w wir dziwacznych tańców, nie tracąc przy tym nic ze swojego uroku.

A tak na serio: Ten film wywołał tak wielkie poruszenie w Rumunii, że nawet został wyemitowany w “wiadomościach” telewizji publicznej. Gdy dziennikarze skontaktowali się w końcu z bohaterem obrazu i zapytali o okoliczności powstania filmu, ten podsumował wszystko zdaniem: “Byłem na autopilocie”.

I dzięki Bogu!

Sen Drugi:

Nie potrafię do końca określić czasoprzestrzeni.

Jestem w gabinecie. Siedzę za biurkiem, które wyglądem przypomina antyczny sekretarzyk w kolorze orzecha włoskiego. W pokoju dominują brązy i kolory miodu, jest dużo drewna. Po swojej lewej stronie widzę pięknie rzeźbioną gablotę z milionem książek, po prawej – gigantyczny globus w beżowej tonacji, z maleńkimi, palącymi się gdzie niegdzie diodami. Złudzenie sprawia, że ta kopia Ziemi zdaje się tętnić swoim własnym życiem.

Tak mniej więcej wygląda gabinet, który zawsze chciałam mieć. W przyszłości.

Po prawej, mam także duże okno, przez które do pokoju wpadają ciepłe promienie słońca. Tak właśnie zawsze wyobrażałam sobie słońce w Toskanii. Na parapecie stoi mnóstwo kwiatów, w tym malutki krzew pomidorów w brązowym kolorze. „Dziwny kolor jak na pomidory” – przechodzi mi przez myśl – „może nie podlałam?”

I wtedy widzę swoje odbicie.

Gdzieś między główkami brązowych pomidorów zamontowane zostało małe lusterko. Przyglądam się w nim i z przerażeniem spostrzegam, że jestem właścicielką trwałej ondulacji, tak typowej dla szalonych lat osiemdzisiątych. Właśnie coś takiego, miała na głowie moja matka, gdy sięgałam pamięcią do moich najwcześniejszych wspomnień. Z tą różnicą, że ona nosiła je krótko, a ja mam lwią grzywę i długie kudły wijące się na plecach. Wyglądam trochę jak Richard Marx, za czasów swojej świetności.

Mrużę oczy, by dostrzec resztę szczegółów. Na powiekach mam odblaskowe, niebieskie cienie, a w uszach duże, plastikowe koła. Lata ‘80 w całej okazałości. „Czyżbym cofnęła się w czasie?” – przechodzi mi przez myśl, ale równocześnie zauważam, że rysy mojej twarzy pozostały bez zmian. Opadam lekko na krzesło i rozglądam się w poszukiwaniu nowych wskazówek. Na biurku znajdują się różne papiery i książki, nadpita czarna kawa, wieczne pióro, laptop… czuję tu swój własny zamysł. Tak, to na pewno moje miejsce pracy. W prawym rogu stoi zdjęcie w ramce, jakiś starszy facet i młoda dziewczyna. Wyciągam rękę po fotografię i zauważam, że mam na palcach, długie rażąco – różowe paznokcie. Mimowolnie wybucham śmiechem.

I wtedy drzwi gabinetu otwierają się. Do pokoju wchodzi młoda dziewczyna. Jej ruchy są pewne i swobodne, tak jakby wchodziła tu już setki razy. Z niejakim wstydem chowam swoje różowe paznokcie pod biurko i w ostatniej chwili zauważam, że moje ręce są stare.

- Cześć mamo – odzywa się nieznajoma.

Dla pewności rozglądam się po pomieszczeniu i nie widząc w nim nikogo innego, odpowiadam niepewnie:

- Cześć

Hmm.. więc jednak przyszłość.

Dziewczyna trzyma w rękach książkę. Zauważam, że jest to rumuńskie wydanie „Krzyżaków” Sienkiewicza, dokładnie takie, jakie widziałam w mieszkaniu moich tesciów, gdy po raz pierwszy odwiedziłam ich w Transylwanii.

- Zastanawiam się, czy jest sens czytać to powtórnie.

- Powtórnie? – powtarzam bezmyślnie, nie mając na razie pomysłu na to, co się wokół mnie dzieje.

Dziewczyna patrzy na mnie pytająco.

- Przecież już czytałam „Krzyżaków”. Po polsku.

- I teraz chcesz przeczytać po rumuńsku? – zapytałam niepewnie.

- Ojciec toczy o to boje od tygodnia – odpowiada córka, patrząc na mnie podejrzliwie – mamo, dobrze się czujesz?

Czy dobrze sie czuję? Hmm.. to raczej pytanie dla psychanalityka.

- Tak, tak… Jestem tylko trochę rozkojarzona – mówię, patrząc w kierunku lusterka na oknie i upewniając się, czy ja to jeszcze ja.

- Myślisz o tych pomidorach? – dziewczyna podłapuje fałszywy trop – Dziwne, nie?

- Dziwne – przytakuję. Nareszcie mówię coś, czego jestem pewna.

Chwila ciszy. Przyglądam się córce. Wygląda zupełnie inaczej, niż  ją sobie wyobrażałam.

- W sumie, to wszystko sprowadza się do jednego – przerywa ciszę ona – po co mi ta cała, ciągnaca się latami nauka języków?

Boże, to teraz będę musiała jej odpowiadać na pytania.

- No więc… języki sa bardzo potrzebne, gdyż… – chwila olśnienia – Musisz wiedzieć, jak się porozumieć z rodziną.

- Umiem poprosić dziadka po rumuńsku, by dał mi szklankę soku. Umiem zapytać babcię po polsku, czy nasmaży mi naleśników z białym serem. Umiem obojgu podziękować. Potrafię nawet rozmawiać z nimi o polityce, czy nawet sztuce… Więc?

Przypomniały mi się nagle naleśniki mojej własnej babci.

Spojrzałam na córkę uważnie i nagle zdałam sobie sprawę, że znam odpowiedź:

- Widzisz Izabelo. Na świecie jest mnóstwo języków. Te języki, sposoby wyrażania świata, dzielą ludzi na grupy. A co gorsza, oddalaja ludzi od Prawdy. Dlatego, im więcej języków opanujesz, tym łatwiej będzie ci zrozumieć właściwy sens.

- Sens?

- Tak, sens. Wszystko, co wydarzyło sie kiedyś, a nawet wczoraj, trwa dalej, tylko dzięki słowu. To słowo, dźwiga na swoich barkach historię i naukę. Im więcej słów poznasz, tym łatwiej przyjdzie ci zrozumienie świata.

- Ale dlaczego mam czytać dwa razy tą sama książkę?

- Bo to ci pomoże odkryć jej właściwy sens. Jej Prawdę.

- Czyli prawda, to częśc wspólna pomiędzy dwoma wersjami?

- Nie kochanie – odpowiedziałam łagodnie – Prawda, to te niezauważalne na pierwszy rzut oka detale, małe niezgodności, nieścisłości pomiędzy dwoma tłumaczeniami tego samego dzieła.

- Dlaczego?

- Bo są prywatnym odstępstwem interpretatora od narzuconej mu z góry linii tłumaczenia. W tych małych, na pozór nieistotnych szczegółach, ukrywana jest swoista mądrość. Zwinnie przemycana, jest dostępna tylko dla tych, którzy znają więcej niż jeden język.

Nagle dotarło do mnie, że moja córka nie nazywa się Izabela.

Jeden z brązowych pomidorów spadł lekko na ziemię.

—————————————————————————————–

Interpretacja:

1. Diabeł tkwi w szczegółach

2. Teraźniejszość to miejsce gdzie spotyka się przyszłość i przeszłość

3. Muszę sprawdzić, co dzieje się teraz z Richard’em Marx’em.

Sen pierwszy:

Siedzę w biurze promotora mojej pracy magisterskiej.

To nasze kolejne spotkanie z serii “ja udaję, że coś napisałam, a on udaje że w to wierzy”. Tym razem jednak, atmosfera jest inna. Mój serdeczny i zazwyczaj uśmiechnięty Promotor, od samego początku spotkania patrzy na mnie podejrzliwe i z pewnego rodzaju pogardą w oczach. Zaczyna zadawać krótkie i bardzo konkretne pytania, na które nie znam odpowiedzi. Żeby stworzyć pozory jakiegokolwiek profesjonalizmu, wyjmuję teczkę pełną kartek na których robiłam notatki i z przerażeniem spostrzegam, że wszystkie są puste. Próbuje zakryć białe strony przed wścibskim okiem Pana P, ale czuję, że on wie. Wie, że nic na nich nie ma, wie, że znowu nic nie napisałam, wie, że tak naprawdę moja praca magisterska nie istnieje.

Czuję jak stróżka potu spływa mi pomiędzy łopatkami. Chciałabym się podrapać, ale irracjonalny strach paraliżuje mi jakąkolwiek możliwość ruchu. Ściskam kartki w spoconych dłoniach i zaczynam coś dukać o teoriach, które już wałkowałam na naszych wcześniejszych spotkaniach.

- Ale o tym już mówiłaś. Kilka razy. Co masz nowego? – pyta zniecierpliwiony.

Rozglądam się rozpaczliwym wzrokiem po ścianach, szukając inspiracji w obrazach i plakatach, kiedy zauważam, że nad głową mojego Promotora pojawił się nowy rysunek. Postać, wyglądem przypominająca eksperyment Frankensteina, odziana w czerwony frak i wysokie kowbojskie buty, trzyma wycelowaną prosto w widza broń i uśmiecha się obrzydliwie. Nad głową potwora widnieje napis: “Pogromca pseudo magistrów”, a obok głowy, widnieje chmurka z hasłem “Science, suckers!”.

- Podoba ci się mój nowy plakat? – P zagaduje po chwili, patrząc na mnie dziwnym wzrokiem.

Dokładnie w tym samym momencie, zauważam, że zamiast tradycyjnych adidasów, ma na nogach kowbojki z plakatu.

- Hmm… tak, bardzo ciekawy… – odpowiadam ostrożnie.

Coś się kroi.

- Sam go wykonałem. To moja odpowiedź na ten cały ten magisterski bezsens. Na ten kompletnie niedorzeczny burdel na kółkach… wy… – syknął – wy…

- My…? – pytam bezradnie

- Ty. Taki typowy przykład. Po co Tobie ten tytuł magistra? No po co…?

- Hmm… gdyż…

- Daruj sobie – przerwał mi ostro i zaczął wystukiwać jakąś szaloną polkę obcasem – Jesteście zakałą całego świata akademickiego. Zajmujecie tylko czas i marnujecie nasze nerwy. Co wy wiecie o nauce? No co? Daruj sobie! – powtórzył ostro, widząc, że próbuję otworzyć usta – Odpowiem ci, moja droga panienko. Nic! Marnujecie pięć, sześć lat po to by zdobyć PAPIER. Ze niby jesteście tacy wykształceni, mądrzy i wspaniali. A jaką wiedze tak naprawdę stąd wynosicie? Co tak naprawdę wiecie?

- Ale przeciez, nie każdy jest taki…- wyszepnęłam ochryple. Gardło mialam suche jak wiór.

- Co, myślisz, że jestes inna? Ja też tak myślałem – stwierdził jakby ze smutkiem – No ale pomyliłem się. Zamiast męczyć się nad pracą, mogłabyś iść rowy kopać. Albo sprzedawać swoje ciało na ulicy. Przynajmniej ktos miałby z tego jakiś profit – zaśmiał się lubieżnie – Jesteś tylko pacynką, takim małym pajacem… który i tak do końca życia będzie siedział w jakims lichym biurze i stukał cyferki na klawiaturze. Zrób nam wszutskim przysługę i daruj już sobie to nędzne “magister show”.

Siedziałam jak wmurowana. Byłam jednoczesnie przestraszona i wściekła na P, który z minuty na minutę zaczynał coraz bardziej przypominać stwora z plakatu. Dopiero teraz zauważyłam, że zawsze miał uczesanie podobne do Lurcha, kamerdynera z rodziny Addamsów.

- Ale ja chcę napisać tą pracę. Naprawdę. Po prostu brakuje mi trochę czasu i gdybym…

- Wiesz co jest najlepsze w takich spotkaniach? – przerwał mój wywód i otworzył szufladę biurka

Boże, znam skądś to pytanie. Czy to nie jest z jakiegoś filmu?

- To – ciągnął, wyjmując z szuflady coś połyskującego – że nie trzeba ich kontynuować

“Christopher Walken!” – zadźwięczało mi w głowie

Przed nosem miałam wylot lufy największej giwery, jaką widziałam w życiu.

BUM!

Na ustach poczułam smak Krwawej Mary.

————————————————————————————————————————

Interpretacja:

1. Mój Promotor przypomina wyglądem Christophera Walkena

2. Zdecydowanie za dużo jest na tym świecie magistrów

3. Muszę się w końcu do cholery zabrać za swoja pracę magisterską

Tylko boję się teraz umówic z promotorem…

To zaproszenie jest dla wszystkich tych, którzy lubią czytać książki.
Recenzje czysto subiektywne to mój drugi blog, na którym będę prezentować… no własnie, recenzje czysto subiektywne :) .
Zaczynam więc od Wahadła Foucaulta autorstwa Umberto Eco. Recenzować takie dzieło to wyzwanie, no ale jak to się kiedyś mówiło – “Do odważnych świat należy”!

Zapraszam!

Wczoraj w pracy dowiedziałam się, że wielu spośród moich męskich współpracowników, uwielbia polowania.

Nie wiedzieć czemu, wydawało mi się wcześniej, że polowania to relikt z czasów komunistycznych, kiedy to panowie, zdesperowani widokiem pustych półek, sięgali po broń i wybierali się na poszukiwania pożywienia w lesie. Moją naiwną wizję, zmąciła po raz pierwszy, upiorna wystawka Wujka, który namiętnie wieszał na ścianie swojego salonu różniaste poroża. Z czasem, zauważyłam takie ekspozycje w domach innych koleżanek i dotarło do mnie, że mężczyźni czują coś na kształt dumy, oglądając wypchane głowy bogu ducha winnych jelonków, które kiedyś udało im się ustrzelić.

Poszłam na łatwiznę. Uznałam wtedy, że polowania to hybryda pomiędzy chęcią zaspokojenia instynktu zdobywcy, potrzebą udowadniania swojej męskości i sposobem na wyładowanie agresji. Dziś jednak, przypatrując się moim kolegom z pracy, którzy wydają się być bardzo spokojni (żeby nie powiedzieć lakoniczni) a z walecznymi Wikingami mają tylko wspólną przestrzeń życiową, zaczęłam ponownie zastanawiać się nad fenomenem polowania.

I oto co wymyśliłam:

Tysiące lat temu, kiedy na świecie panował pokój, a miłosierdzie było powszechne, kobiety były płcią dominujacą. Powodem ich supremacji, był fakt, iż w tamtych czasach cud poczęcia był przypisywany wyłącznie niewiastom – męzczyźni nie zdawali sobie sprawy z tego, iż to ich nasienie jest siłą sprawczą w procesie zapłodnienia.

Kobiety jawiły się wtedy jako boginie, jedyne dawczynie życia. Ich boskość zdawała się potwierdzać długość cyklu miesiączkowego, który był równy obiegowi Księżyca wokół Ziemi. Były więc przedmiotem kultu i centralnymi postaciami w świecie ówczesnego człowieka.

Siłą rzeczy, dzieci traktowano jako cud i dobro wspólne. Wychowywane w czymś na wzór komuny, otrzymywały bezwarunkowa miłość i uwagę od wszystkich mieszkanców. Były to czasy powszechnej harmonii i ciągłego duchowego rozwoju. Czasy bez podziałów i kast. Czasy spokojności.

Wszystko zmieniło się wraz z powstaniem tzw. opozycji Testosa. Testos był młodym, niezwykle inteligentnym i sprytnym młodzieńcem, który z nieznanych ogółowi powodów, nie aprobował kobiecej dominacji. Uważał, że ideologia i polityka prowadzona przez kobiety, była przestarzała i ograniczona, a życie w wiecznej spokojności nudne i wsteczne. Marzyły mu się wyprawy, podboje, walka, a przede wszystkim postęp.

W tym miejscu, muszę wam wyjaśnić, iż w owych czasach tzw. “postęp” był pojęciem raczej abstrakcyjnym. Rządząca Rada Kobiet, wyznawała politykę “powszechnej harmonii” – nie tylko między ludźmi, ale także pomiędzy człowiekiem i Ziemią. Dlatego też wszystkie procesy i czynności, które mogłyby w jakikolwiek sposób zakłócić rytm natury, traktowane były jako bezbożne. Teston marzył z kolei o eksperymentach, badaniach, o budowaniu nowych rzeczy, nie występujących jako byty naturalne. Tak naprawdę jednak, Teston marzył o procesie tworzenia “nowego życia”, którego jako mężczyzna, nie mógł dostapić.

Testos wiedział, że w celu obalenia matriarchatu, nie może posłużyć się siłą. W ówczesnych czasch przemoc fizyczna była wszakże największą zbrodnią. Musiał więc posłużyć się czymś innym, czymś, co dałoby mu mocny argument przeciwko kobiecej supremacji.

Paradoksalnie, z pomocą Testonowi przyszła, tak pogardzana przez niego natura. Obserwując sezony godowe zwierząt, a także okresy kopulacji pomiędzy niektórymi mieszkańcami społeczności, mężczyzna wysunął śmiałą hipotezę na temat prawdziwego udziału mężczyzn w procesie kreacji życia. Ogłosił swoje teorie na jednym z comiesięcznych zebrań ludu (w tamtych czasach, każdy miał prawo wypowiadać się publicznie, bez względu na płeć, wiek czy stan posiadania) i oświadczył, iż to prawdopodobnie męska sperma (w tamtych czasach traktowana jako wynik systemu samooczyszczania się członka) jest ignitorem procesu zapłodnienia.

Mężczyźni wpadli w osłupienie. Kobiety z kolei, nie znające jeszcze w tamtych czasach intryg, spisków i manipulacji, z rozbrajającą szczerością, przyznały Testonowi rację. Potwierdziły też, że już od dawna znały właściwości męskiej spermy, ale uważały, że dopóki mężczyźni sami nie odkryją jej działania, nie będą ich o nim informować. Na brzmiące groźnie pytanie Testona, o powód zatajenia tego faktu, odparły, iż bały się, że ta wiedza mogłaby wpłynąć niekorzystnie na cała społeczność – mężczyźni mogliby – ze względu na słabiej rozwinięty instynkt ojcowski – zaniedbywać inne dzieci, niż te, które zostały spłodzone z ich własnego nasienia.

Społeczność zadrżała, niczym grunt podczas lekkiego trzęsienia ziemi. Zagubieni mężczyźni masowo odwiedziali Testona, pytając się, co własciwie oznacza ta nowo nabyta wiedza. W skutek męskich zebrań, narodziła się opozycja, której główni przedstawiciele już wkrótce wystąpili na następnym zgromadzeniu ludu o przyznanie równego dostępu do ośrodków władzy, dla obydwu płci. Rada Kobiet, nie przeczuwając nadchodzącej katastrofy, zgodziła się na to.

Już wkrótce, Teston i jego najbliżsi przyjaciele – Agres, Siłon i Egos – zaczęli forsować nowe rozporządzenia. Społeczeństwo komunalne zastąpiono nowoczesnym – nakazano mężczynom i kobietom formować się w stałe pary, zamieszkujące odzielne gospodarstwa i wychowujące tylko i wyłącznie swoje własne potomstwo. Kobiety próbowały protestować, twierdząc, że to zaburzy naturalną harmonię i wyzwoli negatywne emocje (których były świadome, gdyż za ich panowania, prowadzono badania na temat natury człowieka), jednak mężczyźni, których było w owych czasach trochę więcej, przegłosowywali ich weta. Podburzeni przez Testona, twierdzili, iż nie chcą pracować na rzecz cudzego potomstwa.

Kolejnym ważnym rozporządzeniem było wykluczenie kobiet z polowań. W tamtych czasach, społeczeństwo było zbieracko – myśliwskim, jednakże mężczyźni i kobiety, zajmowali się obiema aktywnościami wspólnie. Mimo, iż niewiasty były przeciętnie słabsze fizycznie niż panowie, to w skład grup łowieckich wchodzili najsprawniejsi mieszkańcy osady, bez względu na płeć (możemy mniemać iż występowała tu logika, że zdrowa dziewczyna była silniejsza niż chorowity chłopiec). Po rewolucji Testona, mężczyźni przekonali jednak kobiety, że to oni powinni zająć łowiectwem, gdyż tego wymaga nowa struktura społeczna. Wszakże, teraz niewiasty rodziły w ramach rodzin i śmierć matki, była stratą dla konkretnego dziecka, a nie dla całej społeczności, gdzie ktoś inny mógł przejąć opiekę nad jej potomstwem.

Jakież słodkie czasy nastały dla mężczyzn! Nie musieli dzielić się chwałą i szacunkiem z kobietami, kiedy przynosili do domu jedzenie. W końcu mieli własną niszę – na polowaniach mogli spędzać całe dnie, niekiedy obijając się nieco i debatując nad poszerzeniem nowo pozyskanej władzy. Tak właśnie powstały pierwsze “gentlemen’s clubs”, gdzie kobiety miały oficjalnie wstęp wzbroniony.

I wtedy stało się coś strasznego. Kobiety, pozostawione w domach z dziećmi, zdane na łaskę i nie-łaskę partnerów i “owoców ich pracy”, zaczęły same eksperymentować. Pracując w jeszcze działających, ale już nie tak renomowanych ośrodkach badawczych, rozpoczęły szereg projektów na temat właściwości ziemi, nasion i roślin. Po latach obserwacji, metodami “prób i błędów” odkryły pierwsze, podstawowe zasady rolnictwa. Gdy były już pewne co do wyników, z duma i drżącym sercem, ogłosiły swoje odkrycie na comiesięcznym zebraniu ludu. Nie wiedziały jednak, że ich podekscytowanie było zupełnie na wyrost.

Mężczyźni słuchając odczytu na temat rolnictwa, ponownie osłupieli. Tym razem jednak osłupieniu towarzyszyła złość. Zdawali sobie sprawę z tego, że jeżeli metody przedstawione przez kobiety, będą działać, ich wspaniałe polowania, a przede wszystkim ich świeżo wypracowana pozycja jako dostarczycieli pokarmu, zostaną na zawsze utracone. Postanowili do tego nie dopuścić.

Los, a może raczej natura, tak jak w czasach pierwszej opozycji Testona, znowu sprzyjała płci męskiej. Proste zasady rolnictwa, okazały się bardzo ciężkie w wykonaniu. Ciężkie fizycznie. Kobiety, które od dobrych kilku lat siedziały w domach i nie polowały, straciły kondycję. Nie były w stanie wytrzymać pracy na polu w takim zakresie, w jakim mógł ją wytrzymać mężczyzna. Stopniowo zaczęły być odsuwane od rolnictwa, a ich metody przejęli i z czasem znacznie udoskonalili mężczyźni. W zamian przydzielono im inne funkcje, z których najważniejsze było rodzenie dzieci. Mężczyźni, którzy serdecznie nienawidzili pracy na polu, ale wykonywali ją po to by utrzymać status żywiciela, zrozumieli, że więcej własnego potomstwa oznacza więcej rąk do roboty. Dlatego też, nie tylko zaczęło się rodzić o wiele więcej dzieci (we wcześniejszej strukturze społecznej, kobiety świadome swojego cyklu, były w stanie ograniczać ciąże poprzez stosowanie zasad naturalnej antykoncepcji), ale także zaczęto preferować chłopców (gdyż to oni głównie pracowali na roli).

Ziemię podzielono między osadnikami tak, że każdy miał swój własny kawałek. Ludzie zaczęli budować nowe chaty, by mieszkać blisko swoich upraw; skumulowana wcześniej w jednym rejonie osada, zaczęła się systematycznie rozpraszać. Powoli zanikały głębokie więzi pomiędzy ludźmi, zaczęły też wybuchać konflikty. Na comiesięczne zebrania ludu, zaczęli chodzić do centrum osady sami mężczyźni – kobiety musiały zostawać w domu z dziećmi. Po dwóch dekadach od wprowadzenia rolnictwa, nie posiadały już praktycznie żadnej znaczącej pozycji w społeczności. Odizolowane od siebie kilometrami pól i łąk, nie były w stanie się wspierać. To wtedy właśnie, mężczyźni zaczęli w zaciszu swojego domostwa, stosować pierwszą przemoc fizyczną.

Niektórym ziemia nie przynosiła plonów (wtedy jeszcze metody rozpoznawania żyznej ziemi były w powijakach), inni tracili zbiory przez szkodniki. Zaczęły się kradzieże, pożyczki i kredyty. Ludzie bez ziemi, porzucali swoje domostwa i szli pracować za miskę jadła do innych rodzin. Wkrótce nastał system feudalny.

I dlatego właśnie mężczyźni lubią polować – w ten sposób przenoszą się stanem ducha do słodkich czasów, gdzie już posiadali dominującą pozycję w społeczeństwie, ale jeszcze nie musieli harować na roli.

Nie wiem jak wy, ale ja chyba przestanę chodzić do sklepu…

 

 

Miłych zakupów!

P.S: Jestem ciekawa waszych interpretacji

Ostatnio, podczas mojego cotygodniowego “rytuału oczyszczania”, spotkałam w pralni mojego dobrego sąsiada, Islandczyka. Przyznać muszę, że to niespodziewane spotkanie zbiło mnie lekko z tropu – nasza poprzednia rozmowa, odbyła się w czasach zwanych “przed kryzysem”, kiedy to jeszcze wiatr postępu i progresu, wiał w gospodarcze żagle tej pięknej wyspy.

Każdy, kto choć trochę interesuje się “wielkim kryzysem”, zdaje sobie zapewne sprawę z tego, iż Islandia stała się jego “sztandarową” ofiarą. Dlatego też, nie wiedziałam za bardzo, jak rozmawiać z moim znajomym. Przez głowę przeleciało mi mnóstwo różnych urywków z prasy -  o tym, jak ceny w islandzkich sklepach codziennie rosną, jak ludzie masowo (oczywiście, na warunki tej lekko ponad 300 tysięcznej wyspy) tracą pracę, jak firmy i sklepy bankrutują w zastraszającym tempie… Jak to się odbiło na E? Pamiętam jak mi mówił, że aby przyjechać do Danii na studia, wraz ze swoja dziewczyną, zaciągnęli spory kredyt. Gdzie? A co istotniejsze – w jakiej walucie?

E wyglądał normalnie. Przyjęłam tą wizualną informację z niejaką ulga, tylko po to by zaraz zbesztać samą siebie za głupotę. Jasne, że wyglądał normalnie! Czego się spodziewałam? Przepitych oczów, zaschniętych ran na nadgarstkach, metalowego garnuszka z karteczką ” Rzuć grosik dla Islandczyka”? Nie dość, że wyglądał tak jak zazwyczaj, to jeszcze przyszedł robić pranie. A stąd dodatkowe wnioski: ma jeszcze siłę dbać o siebie, a do tego stać go na uruchomienie pralki.

Na szczęście to on zaczął rozmowę. Dzięki temu, mimo że paliła mnie ciekawość, na temat wiadomości o kryzysie islandzkim z pierwszej ręki, nie miałam wyrzutów sumienia, że to ja zaczęłam temat. Och, jak pięknie działają ludzkie mechanizmy samo usprawiedliwiania się!

Na Islandii jest źle. Bezrobocie z 1,5% skoczyło do prawie 10%, a ludzie mówią między sobą, że to dopiero początek. Nikt do końca nie wie co się stało, wszyscy obwiniają “świętą trójcę banków”, która bankrutując, rozpoczęła ekonomiczne “danse macabre”. Islandzka waluta zaczyna wartością przypominać papier toaletowy, a ceny rosną w zastraszającym tempie. E opowiada o znajomych i przyjaciołach na skraju depresji - zrozpaczeni są szczególnie ci, którzy wzięli wcześniej  kredyty w euro. Żeby je dziś spłacić, musieliby oddać ich wielokrotną wartość. E jest w sytuacji komfortowej, bo swoja pożyczkę zaciągnął w islandzkich koronach – paradoksalnie, jeżeli znajdzie teraz pracę w Danii, to spłaci ją o wiele szybciej, niż zrobiłby to za czasów “przed kryzysem”. Mimo wszystko, nie wygląda na szczęśliwego z tego powodu – zaraz po skończeniu studiów, chciał wracać z dziewczyną do kraju, ale teraz wie, że będzie to niemożliwe.

Zadumaliśmy się nieco w rytmie wirujących bębnów pralek. Zapytałam E o perspektywy na przyszłość.

- Rząd nacjonalizuje banki. Mamy dostać jakieś gigantyczne pożyczki od krajów Europy i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ludzie, czując kompletne osamotnienie, zrobili zwrot i chcą wstąpić do Unii. Ale i tak, po cichu mówi się, że 2009 ma być jeszcze gorszy niż to co nas do tej pory spotkało…

Jeżeli następną scenę w pralni, przedstawiłabym w postaci komiksowej, to ujrzelibyście niewiastę, z jasno świecącą nad głową żaróweczką oraz chmurką tekstową z napisem “SPISEK!”. Słysząc bowiem takie słowa jak “Unia Europejską” i “Międzynarodowy Fundusz Walutowy”, włączył mi się automatyczny tryb konspiratorski, wznoszący moje umiejętności fantazjowania na wyżyny.

- Przecież chyba nie chcieliście wstępować do Unii…? – zapytałam dla pewności.

- No…nie. Ale teraz nie mamy za bardzo wyboru…

“Ha!” krzyknęłam w myślach z niejakim triumfem, niczym protagonista argentyńskiej telenoweli, Juan Carlos Julio Domingo Panderoza III, który właśnie przyłapał swoją żonę in flagranti z ogrodnikiem. Pamiętałam jak niedawno czytałam o Islandii i Norwegii, dwóch niepokornych państwach, które taktownie, acz wyraźnie odrzucały propozycje wstąpienia do UE. Po co wszakże zapisywać się do klubu dżentelmenów, gdy jest hrabią? Lub inaczej – po co wstępować do wspólnoty, gdy samemu można poradzić sobie o wiele lepiej? Islandia nie dość, że o własnych siłach “szła jak burza” w statystykach ekonomicznych, to dodatkowo miała czego bronić. A tym czymś był przemysł związany z rybołówstwem. Jak podaje Wikipedia:

Podstawą gospodarki Islandii jest rybołówstwo. Islandzka flota rybacka liczy 1752 statków o łącznym tonażu 181 531 BRT. Ogółem roczny połów ryb wynosi 1.322,9 tys. ton (…) Produkty rybne w 2004 roku stanowiły 40% wyprodukowanych towarów i w 2006 roku eksportowano 661,2tys. ton ryb (głównie ryby mrożone).

Czego jednak Wikipedia nie podaje, to to, co w swoim artykule z 2006 roku “Eurosceptyczna wyspa”, ujęła Anna Poszepczyńska:

Debata na temat przystąpienia Islandii do UE nigdy na dobre nie zagościła na wyspiarskiej scenie politycznej, przede wszystkim ze względu na odrzucenie przez Islandczyków wspólnej, unijnej polityki połowowej. Jako państwo z najczystszą na świecie wodą i łowiące ok. 2 mln ton ryb rocznie, Islandia jest zależna gospodarczo od rybołówstwa, a produkty morza stanowią prawie 75 proc. jej eksportu. Po przystąpieniu do Wspólnoty, Rejkiawik musiałaby nie tylko dzielić się swoimi łowiskami z europejskimi rybakami, lecz także dostosować się do unijnych dyrektyw odnośnie rozmiarów połowów.
Tymczasem islandzcy politycy doskonale pamiętają konflikt z EWG w latach 70. i wszystkie boje o poszerzanie swojej strefy połowów z 4 (1954r.) do 200 (1976r.) mil morskich. Poza tym wyspiarscy eurosceptycy podkreślają, że aktualna polityka UE nie tylko nie odnosi się do stref morskich przekraczających 12 mil, lecz także jest przestarzała, co sprawia, że ochrona łowisk jest źle zorganizowana, a to doprowadziło już do wyginięcia kilku gatunków ryb. Z kolei Islandia bardzo dba o swój „skarb narodowy”, utrzymując własne łowiska w stanie idealnej równowagi, przede wszystkim dzięki konsultacjom z lokalnymi rybakami i doskonałym zrozumieniu ich potrzeb.

A ponadto:

Przeciwnicy integracji boją się także zdominowania i uzależnienia Islandii od UE, uzasadniając swoje obawy małym rozmiarem kraju (Islandia miałaby 3 posłów w Europarlamencie) i doświadczeniami historycznymi wyspy, która długo walczyła o swoją wolność.

W Islandii już kilkukrotnie przeprowadzano referenda, dotyczące rozpoczęcia rozmów z Unią na temat  możliwości akcesji, w większości jednak ludzie opowiadali się przeciwko. Dopiero konsekwencje wielkiego kryzysu, zmusiły tą malowniczą wyspę do poważnego zastanowienia się nad wstąpieniem do UE, co widać w najnowszych wynikach badania opinii publicznej z listopada 2008, gdzie “niespodziewanie” aż 80% respondentów, oddało głos na tak.

- Wiesz co E – odezwałam się posępnie – wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ten wasz cały kryzys, został w jakiś sposób zaaranżowany. Jesteście sporym krajem z dużym potencjałem i malutką populacją. Zrujnować 300 000 ludzi to żaden wysiłek, a jeszcze łatwiej postawić ich znowu na nogi – oczywiście za pomocą “pożyczek i kredytów”. Teraz zmuszeni jesteście prosić o akcesję do UE, której wcześniej unikaliście jak ognia. Nie mówiąc już o tym, że dostaniecie pożyczkę z Międzynarodowego Funduszu Inwestycyjnego. Kto wie, może wam nawet przyślą w bonusie ekspertów, którzy “pomogą” wam stanąć na nogi…

- Wiesz co… wcale bym się nie zdziwił – odrzekł smętnie E.

Oczywiście sama nie wiedziałam, czy wierzę chociaż w połowę tego co mu wyjawiłam. Taki to widać los konspiratora, który zwykł się gubić w morzu swoich własnych spisków :)

- A tak na marginesie – dodałam na odchodne – czytałeś “Doktrynę Szoku?”

Człowiek niezdolny wybierać to już nie człowiek.

Anthony Burgess, “Nakręcana pomarańcza”

Znak pierwszy. W kraju Hamleta, temperatura spadła własnie poniżej zera, co zdarza się nader rzadko i z nienacka. Znak drugi. Wychyliwszy nosa z mojej lichej posesji, w celu konsumpcji tytoniu w formie palonej, ujrzałam cudanicznie przeręcony Księżyc, oświetlony na żółto. Poza ilustracjami w starych baśniach, chyba jeszcze nie widziałam takiej lunarskiej (lunowej? lunicznej?) pozycji. W świecie spiskowym, gdzie – mówiąc dosadnie – nawet gazy starego kocura to symbol czegos innego, moje “znaki” dały mi wyraźny Znak. Trzeci. Konspiracyjnego walca czas zacząć.

Klilka dni temu, natknęłam się na opublikowaną przez ”Newsweek” listę 50 najpotężniejszych ludzi świata. Osobnik, zajmujący w rankingu pierwsze miejsce (dla osób niezorientowanych - Barack Obama), potwierdził tylko jedną z wysuniętych przeze mnie w poprzednim wpisie tez  - prezydent Stanów Zjednoczonych to pozycja warta największych poświęceń, najbardziej zagmatwanych knowań i najgrubszych inwestycji. Zresztą, skład całej listy (prezydent Chin Hu Jintao (2), Nicolas Sarcozy (3), Gordon Brown (7), Angela Merkel (8), Wladimir Putin (9)) zdaje się świadczyć o pewnej prawidłowości – żeby sprawować władzę nad światem, trzeba być ważnym politykiem.

Niby to oczywiste.

A jednak… nie ma co się oszukiwać, światem rządzi pieniądz. Pomijając już nawet samą kwestię kadencji, która ogranicza czas trwania władzy do średnio ośmiu lat, polityk to tak naprawdę zwykły najemnik. Oczywiście oficjalnie, jest to człowiek “najmowany” przez społeczństwo, które wybierając go i nadając mu kredyt zaufania, oczekuje spełnienia pewnych zadań. Nieoficjalnie jednak, trudno oprzeć się wrażeniu, że polityk to tak naprawdę osoba zatrudniona przez elity i bogaczy, do wykonywania ich poleceń. Ciężko chociażby uwierzyć, że np. wszystkie środki na sponorowanie kampanii wyborczych biorą się z funduszy partyjnych i ze skarpet oraz skarbonek oddanych zwolenników. Oczywiście wszyscy wiemy, że “jakaśtam” część pieniędzy pochodzi z korporacji i róznych fundacji, ale kwestia, ile tak naprawdę ta część wynosi, zawsze w dziwny sposób umyka.

Mechanizm kontroli polityka (zakładając, że istnieje), działałby na zasadzie “prostej jak drut” – my Tobie donację, Ty nam przysługę. Pojawia się tu jednak pewien problem -  jeżeli korporacja (syndykat, szara eminencja) chciałaby mieć nad owym osobnikiem pełną kontrolę, musiałaby sobie porazić z innymi konkurencyjnymi sponsorami, którzy wpadli właśnie na taki sam pomysł. W razie pojawienia się większej liczby “sponsorów”, wpływami trzeba byłoby się podzielić, co niekoniecznie każdej grubej rybie jest w smak. Dlatego najbezpieczniejszym wyjściem jest opisana w moim wcześniejszym wpisie strategia stworzenia prezydenta od podstaw.

Załóżmy więc, że zatrudniony przez naszą szarą eminencję aktor, który przez lata był przygotowany do odegrania swojej życiowej roli (prezydenta Stanów Zjednoczonych) startuje ostatecznie w wyborach i idzie przez trudy kampanii niczym burza. Gdzieś jednak czai się kontrkandydat – może także podstawiony aktorzyna, a może po prostu prawdziwy polityk – który mimo wszystko, może w jakiś sposób zagrozić faworytowi. Co więc zrobić, by mieć stuprocentową pewność, że wybory zostaną wygrane przez osobę do tego wyznaczoną?

DIEBOLD

Okazuje się, że Stany Zjednoczone to rzeczywiście kraina szans i cudów, bo nawet w tym “najbardziej demokratycznym” kraju na świecie, przy odpowiednich środkach i determinacji, wybory da się ustawić. Jednym i chyba najbardziej skutecznym ze sposobów,  jest majstrowanie przy powszechnie używanych elektronicznych maszynach do głosowania, o diabolicznej nazwie…  Diebold. Jak wynika z poniżej umieszczonego materiału, zrobionego przez CNN w złowieszczo brzmiącym cyklu “Democracy at risk”, urządzenie można “zhakować” w zaledwie jedna minutę. W tym oto filmie, sympatyczny pan o aparycji przeciętnego księgowego, demonstruje widzom jak łatwo (i przyjemnie) jest wprowadzić do Diebold’a wirusa, który będzie kradł część głosów od jednego kandydata i przyporządkowywał je drugiemu.

Diebold i to, co sobą reprezentuje, ma także masę innych niedociągnięć, zarówno technicznych jak i bardziej “ludzkich”. W tej drugiej kategorii znajduje się np. fakt, iż CEO firmy produkującej maszyny do głosowania, Walden O’Dell, był w okresie wyborów prezydenckich 2004, głównym organizatorem zbiórki środków na rzecz kampanii George’a W. Busha. No cóz, pozostawmy to bez komentarza.

LISTY WYBORCZE

Innym sposobem na zapewnienie zwycięstwa w wyborach konkretnej osobie, jest szperanie w listach wyborczych. W Stanach Zjednoczonych trzeba się wszakże najpierw zarejestrować, a dopiero po finalizacji tego procesu, można spełnić swój obywatelski obowiązek. Jeżeli więc szarej eminencji udałoby się w jakiś sposób wytypować “grupy ryzyka” (czyli tą część ludzi, którzy niekoniecznie mieliby ochotę głosować na obranego przez nią kandydata), wystarczy powykreślać je z list, pod byle jakim pretekstem.

Dla niezorientowanych – coś takiego już się kiedyś wydarzyło i to całkiem niedawno. Tuż przed wyborami w 2000 roku, w krainie wiecznego słońca, zabawy i policjantów z Miami, z list wyborczych “zniknęło” około 50 000 ludzi- potencjalnych wyborców Al’a Gore’a  (tego pana od “Niewygodnej prawdy”), który startował  jako kontrkandydat George’a W. Busha.

Powód – błąd techniczny.

Rozwiązanie – żadne.

Tłumacznenie – prawo nie działa wstecz.

I tak właśnie między innymi, Bush zwyciężył wybory na Florydzie, stanie, który był wtedy determinującym zwycięstwo.

WŁAŚCIWI LUDZIE NA WŁAŚCIWYCH MIEJSCACH

Bardzo wielu ludzi, do dziś zastanawia się, jakim cudem George W. Bush został prezydentem Stanów Zjednoczonych. I to dwa razy. Wydaje się, że czasem stwierdzenie “Wygrał lepszy” nie tłumaczy do końca zwycięstwa, a w tym wypadku – zwycięstwa człowieka, który prawdopodobnie przejdzie do historii jako jeden z najmniej lubianych prezydentów USA w historii. Są jednak pewne dziwne “zbiegi okoliczności” , które dają do myślenia i to nie tylko tęgim głowom.

Jak już wspomniałam wcześniej, w amerykańskich wyborach prezydenckich 2000, stanem “all or nothing”, który determinował zwycięstwo, była Floryda. Do momentu liczenia głosów w krainie palm i krzykliwych koszul, Bush i Gore szli w tabeli wyników “łeb w łeb”. W chwili, gdy zaczęło się liczenie głosów na Florydzie, doszło do sytuacji precedensowej. Ktoś gdzieś się pomylił i całe kalkulacje trafił przysłowiowy szlag. Serwisy informacyjne najpierw ogłosiły zwycięstwo Gore’a, nastepnie przerzuciły sie na Bush’a, by po chwili stwierdzić, że nie wiadomo kto wygrał i – co lepsze – nawet nie wiadomo kiedy będzie wiadomo. Sztaby wyborcze osiwiały, media zbaraniały, a wyborcy zasiedli z popcornem przed odbiornikami telewizyjnymi, bo właśnie rozpoczęła się najdłuższa polityczna telenowela w historii kraju.

Tak naprawdę jednak, podczas męczących przepychanek, kilku procesów sądowych i decyzji zmieniających się jak w kalejdoskopie, Bush był od początku na wygranej pozycji. Wszakże gubernatorem stanu Floryda był wtedy jego młodszy brat  Jeb, który ciągał jak opętany za wszelkie możliwe sznurki, po to by zapewnić George’owi zwycięstwo. Po tygodniach oczekiwań, Sąd Najwyższy podjął w końcu decyzję - oczywiście korzystną dla Bush’a. I tak właśnie, Al Gore przeszedł do historii, jako jednyny człowiek w Stanach Zjednoczonych, który wygrał wybory prezydenckie i prezydentem nie został (Gore wygrał wybory powszechne z wynikiem o pół miliona głosów lepszym niż Bush, a głosy elektorskie, które w tym wypadku dałyby mu zwycięstwo, “przepadły” na Florydzie.)

Ktoś mógłby zapytać - po co więc ten cały trud szkolenia specjalnie wyselekcjonowanego aktora, kiedy tak naprawdę można poszperać przy maszynach głosujących, listach wyborczych, a w najgorszym wypadku “popełnić błąd przy liczeniu głosów” i w taki sposób “dopiąć swego”? Odpowiedź kryje się m.in. w prezydenturze Bush’a – człowieka bez charyzmy i uroku, o aparycji podrzędnego menedżera w jedynej fabryce w Glinkach Dolnych i bezsprzecznie pozbawionego jakichkolwiek umiejętności przywódczych. Takiego prezydenta bardzo łatwo znienawidzieć, co może zaowocować ogólnospołecznym spadkiem zaufania do polityki i instytucji. Ludzie zacznają w takich momentach myśleć - a to w sytemie demokracji jest największym zagrożeniem - w tym knuć teorie spiskowe na rozmaite tematy, jak na przykład na temat “9/11″ .

Dlatego też, niebezpiecznie jest “przepchać na chama” jakiegoś matołka do Białego Domu. Po co prowokować ludzi do uruchamiania szarych komórek zamiast kart kredytowych? Gdyby to, co opisuję było prawdą, George W. Bush byłby najlepszym przykładem na to, że taka taktyka ma opłakane skutki (z wyjątkiem oczywiście sytuacji, gdzie celowo umieszczamy w Pałacu Prezydenckim idiotę, po to by zniechęcić ludzi do atrybutów jakie reprezentuje i utorować drogę dla kandydata, który będzie jego zupełnym przeciwieństwem). Strategia wymaga subtelności, elegancji, a nawet kunsztu artystycznego. Nie sztuką jest bowiem obsadzenie “kimś” stołka prezydenckiego. Sztuką jest, by lud “tego kogoś” pokochał…

Dziś rano, mój mąż opowiedział mi zupełnie niepotwierdzoną, ale jakże barwną historię.

Podczas drugiej Wojny Światowej, Rumunia posiadała jedną łódź podwodną, o dostojnej nazwie NMS Delfinul, czyli po polsku – Delfin. Ze strategicznego punktu widzenia, była to niezła gratka - samo tylko istnienie Delfina i jego patrole na Morzu Czarnym, zmuszały sowiecką flotę do dodatkowych, czaso- i kapitałochlonnych akcji, nazywanych ogólnie ZOP – Zwalczanie Okrętów Podwodnych. Jednakże, właśnie z powodu swojego istotnego znaczenia, Delfin stanowił źródło nieustannego niepokoju – w razie awarii, nie było żadnej innej łodzi podwodnej, która mogłaby go zastapić.

Głównym zadaniem Delfina było… po prostu “być”. Dlatego też, często brakowało czasu na naprawę łodzi i zazwyczaj wypływała ona na morze z szeregiem małych usterek. Jeden z przyrządów, który psuł się często, był (nazwę to urządzenie łopatologicznie, bo nie znam się na łodziach podwodnych) indykator wskazujący ilość tlenu. A był to instrument arcy-ważny, gdyż Delfin musiał co jakiś czas się wynurzać, by ten życiodajny pierwiastek pobrać.

Wedle informacji z pierwszej ręki – czyli od wnuka żołnierza z załogi Delfina, na wyżej wspomnianym urządzeniu nie można było w ogóle polegać. W  związku z brakiem czasu na naprawy, dziadek tego pana stosował pewną dziwaczną, aczkolwiek rewolucyjną taktykę - zabierał na pokład łodzi swoje nader aktywne zwierzątka – cztery urocze króliki. Zwierzaki były ponoć bardzo energiczne i cały boży dzionek “pląsały” wesoło, bawiąc się i psocąc. Robiły się spokojne tylko w porze snu, lub… a no właśnie, wtedy gdy zaczynał się, niewyczuwalny jeszcze dla ludzi spadek poziomu tlenu. Dlatego też, gdy kroliki podczas podwodnej żeglugi, dawały wyraźne oznaki zmęczenia i ospałości, dla zalogi Delfina był to sygnał, że już czas wynurzyć się na powierzchnię.

No cóż, historia ta jest, że tak się wyrażę, kontrowersyjna. I mało prawdopodobna. Jaki typ łodzi podwodnej wymaga częstego wynurzania się? A jeśli nawet taki typ istnieje, to czy naprawdę nie można było mierzyć poziomu tlenu inaczej? Czy nie można było na przykład, wykonać w tym celu jakichś obliczeń matematycznych? Wyklakulować średnie zużycie i wynurzać się zgodnie z jego obliczeniem?

A może dziadek po prostu opowiedział wnukowi historię o 4 królikach, bo skończył mu sie repertuar bajek na dobranoc?

Tak czy inaczej wierzyć nie trzeba. Ale można przez chwilę udać, że legenda jest prawdziwa. I uśmiechnąć się pod nosem, przyjmując za fakt, że powodzenie operacji wojennych na Morzu Czarnym podczas II Wojny Światowej, w latach 1941 – 1943, zależało w dużej mierze od czterech entuzjastycznych królików.

Ach, żeby Sowieci o tym wiedzieli…

Starsze wpisy »